Odkąd pamiętam, zawsze miałam niską samoocenę. Byłam tą dziewczyną z ekipy, która nigdy nie miała chłopaka i która dostawała najmniej męskiego zainteresowania. Wychodząc na miasto, mimo super makeupu i outfitu (nad którym myślałam cały tydzień), jedyne z czym wracałam do domu to z overthinkingiem. Bo na pewno nie z facetem. Gdy nagle zainteresował się mną przystojny chłopak, dostałam takiego boosta pewności siebie jak nigdy. Wreszcie poczułam się ładna. Do czasu.
I żyli długo i nieszczęśliwie
To może od początku - na potrzeby tego artykułu nazwijmy go Michał. Na samym początku byłam zachwycona - w końcu był na maksa w moim typie, a jego charakter i zachowanie wobec mnie spełniały moje oczekiwania w stu procentach - w sumie to nadal spełniają.
Gdy wspólnie gdzieś wychodziliśmy, widziałam ilość spojrzeń kierowanych w jego stronę. W końcu nie codziennie na polskich ulicach spotykasz kopię Jacoba Elordi - bo serio, taki właśnie jest Michał. Wysoki, ćwiczący brunet, niebieskie oczy i na to wszystko: dobrze ubrany. Vintage skóra i Adidasy Handball Spezial chyba mówią same za siebie, co nie? Spojrzenia kierowane w jego stronę początkowo mi schlebiały - pewnie każdy chciał być z nim, albo nim. Raz nawet, będąc w naszej ulubionej warszawskiej restauracji (Joel, kocham Was), gdy tylko wróciłam z toalety, Michał wskazał ukradkiem na pewną dziewczynę i powiedział: “Ta laska przed chwilą do mnie podeszła i poprosiła mnie o podanie insta”.
My honest reaction: miss rabbit has fainted.
Im dalej w las…
Na początku reagowałam lekką zazdrością na takie sytuacje - tak, specjalnie użyłam tu liczby mnogiej 🙃 Jednak zazdrość bardzo szybko przechodziła w swego rodzaju smutek i anxiety, a później - w nieufność. Czy Michał zrobił coś, przez co nie powinnam mu ufać? Nie. Czy czułam się niekomfortowo i niepewnie? Ku*wa, oczywiście, że tak.
Krótko mówiąc: autosabotaż związku. Niepotrzebny stres, który fundowałam (nadal funduję) sobie i mojemu partnerowi miał (nadal ma) mega wpływ na naszą relację. To powód niepotrzebnych kłótni, które, przez niskie poczucie własnej wartości, eskaluję.
Atrakcyjność to jedno, a samoocena to drugie. Trudno obiektywnie mierzyć atrakcyjność, bo jak wiemy, każdy z nas ma inny gust i preferencje - jednak w momencie zmagania się z niskim poczuciem wartości, obraz drugiej osoby może się zakrzywiać. Ujmujemy atrakcyjności sobie, dodając ją partnerowi_ce. Niska samoocena + związek - jakie są jeszcze potencjalne skutki tego połączenia?
- wzrost lęku przed opuszczeniem
- nadmierne porównywanie się pod kątem wyglądu do swojego partnera_ki
- poczucie bycia niewystarczającą dla swojego partnera_ki
- uzależnienie swojej wartości od bycia w związku
- nieufność i podejrzliwość względem drugiej połówki (spowodowana zainteresowaniem nią osób trzecich)
Okej, to jaka jest magiczna recepta? Komunikuj, rozmawiaj, nie zakładaj i nie przypuszczaj. Czemu on ze mną jest? Przecież mógłby mieć każdą? I tak mnie pewnie rzuci dla ładniejszej. GIRL, STOP
Zamiast nakręcać się i przekonywać siebie samą do najgorszego ze scenariuszy, zakomunikuj swoje obawy partnerowi. Dam sobie rękę uciąć, że po takiej rozmowie będziesz dużo spokojniejsza o swój związek :) Widzisz, ja też to wszystko niby wiem, tylko gorzej z praktykowaniem.
You better work bitch
Jakie jest zakończenie tej historii? Czy żyli długo? Tak. Czy szczęśliwie? Okaże się. Mój osobisty challenge na rok 2024, to intensywna praca nad samooceną - chcę znajdować źródło swojego poczucia wartości w sobie. Nie w związku, nie w cudzej atencji, nie w komplementach, czy ich braku. Mój tip dla Ciebie: nie zakładaj najgorszego. Część scenariuszy, która powstała w Twojej głowie, wydarzy się prawdopodobnie tylko tam. W końcu (zakładając, że nie jesteś w toxic związku) Ty i Twój partner gracie do jednej bramki. Więc po co strzelać samobója?
Zdjęcie główne (źródło): filmweb.pl