Dlaczego tak bardzo przywiązujemy się do tego niewielkich rozmiarów papierka, doczepionego do wnętrza naszych ubrań? Dlaczego to właśnie w konfiguracji liter lub cyfr dopatrujemy się obrazu własnego ciała? Metka z rozmiarami ma naprawdę ogromną moc, o czym przekonałam się widząc zachowania niektórych swoich najbliższych, obcych kobiet, a także czytając komentarze w mediach społecznościowych czy artykuły w najbardziej rozchwytywanych magazynach. O co w nich tak naprawdę chodzi i dlaczego niejednokrotnie zmuszamy się do chodzenia w za małych ubraniach? Czy rozmiar ubrania naprawdę musi grać pierwsze skrzypce?
Pokaż mi swój rozmiar, a powiem Ci jak gruba jesteś
Kilka lat temu, pracując w jednym z bardziej prestiżowych sklepów odzieżowych, miałam okazję zapoznać się z podejściem kobiet do rozmiarów i krojów. Nie zliczę tego, ile razy wzbraniały się przed większym rozmiarem, choć wyraźnie miały problem z dopięciem zamka czy wsunięciem spódnicy/spodni przez biodra. Pozwolę sobie przywołać jedną z przymierzalnianych historii, która chyba do końca życia pozostanie w mojej pamięci.
Klientka szukała dla siebie idealnej sukienki, dopasowanej w talii, lekko w biodrach i swobodnie puszczonej na udach. Wzięła ze sobą XS oraz S. Co ważne, sukienka była z naprawdę sztywnego materiału, więc jej możliwość dopasowania się do ciała były maksymalnie ograniczone. Gdy zamknęła drzwi przymierzalni, zaczął się spektakl westchnień, przekleństw i zwoływania wszystkich bóstw tego świata. Po kilku minutach ustał, a zza drzwi wyłoniła się klientka z niezapiętym zamkiem, potarganymi włosami i potem na czole. Niestety to był dopiero początek. Tym razem to ja miałam wspomóc zapinanie zamka, ale po wielu próbach, także pozostałam bezsilna.
Wiedziałam, że S w przypadku jej budowy - dużych piersi, szerszych bioder i talii, po prostu była za mała. I tyle. Zaproponowałam, więc że przyniosę kolejny rozmiar, bo sukienka wypada naprawdę na mniejszą. Uwaga - to był błąd i jeśli pracujecie w sklepie, kierowanie się czyjąś wygodą i komfortem nie zawsze powinno być najważniejszą wartością w obsłudze klienta (pół żartem, pół serio). Czy Pani uważa, że ja jestem gruba?! Biorę S! Faktycznie wzięła S. Czy kiedykolwiek założyła sukienkę i czuła się w niej komfortowo? Wątpię. Czy dopięła swego i pokazała, że może nosić mniejsze rozmiary? Ależ oczywiście.
Morał z tej historyjki? To, że w swoim ubraniu znajdziesz wszywkę z literką S,M, L, XL czy XXL, nie świadczy o tym, czy jesteś atrakcyjna, wystarczająco szczupła/kształtna/ jakakolwiek chcesz być. To tylko symbol, ułatwiający dopasowanie ze względu na długość rękawów czy szerokości w konkretnych miejscach.
Nie mieszczę się już w M, tragedia
Przejdźmy zatem do ogólnego problemu, jakim jest przywiązanie do rozmiarze na metki, a nie do własnego poczucia komfortu czy wygody. Wbijamy się w za małe jeansy w imię czego? Tego, że powiemy sobie albo przyjaciółce - ha! widzisz! nadal się mieszczę w rozmiar w liceum czy aby zaimponować facetowi, bo przecież mniejsze rozmiary są bardziej seksowne? Odejdźmy od tego, proszę.
Dojrzewamy, a także żyjemy pod ostrzałem tysiąca informacji - schudnij, nie jedz, jedz to, ćwicz, ubieraj to, nie ubieraj tego, ona jest seksowna, a ona ma za mały tyłek, ta ma za wielkie biodra, a inna nie ma talii. Non stop porównujemy siebie do innych - innych koleżanek, przyjaciółek, modelek, kobiet z mediów społecznościowych czy z telewizji. Przecież Kim K wciska się w ciasne rurki i gorsety, to dlaczego ja nie mogę? Przypomnijmy sobie aferę z sukienką Marylin Monroe... Modelki chodzą w XXS, XS lub maksymalnie S - dopiero wtedy mogę czuć się seksownie i szczupło. Rozmiar L? Nigdy w życiu. Przestałam mieścić się w 38, muszę zacząć się odchudzać. O tak, to wypowiedzi zasłyszane w ciągu jednego dnia.
Wyobraźmy sobie sytuację, że zamiast za małej S/M/L, kupujesz wygodniejszą M/L/XL. Co się dzieje? Przeskoczyłaś właśnie o 1,5 cm wyżej. Tyle średnio różnią się ubrania między rozmiarami - zarówno w długości, jak i szerokości. Czy dla bolącego brzucha, wbijających się szwów w pośladki czy uda albo ucisku w klatce piersiowej (przeżyłam to na własnej skórze i naprawdę myślałam, że umrę) warto kurczowo trzymać się jakiegoś numerka albo literki? Jeśli nie robimy tego dla swojego ego, zróbmy to dla swojego zdrowia.
[caption id="attachment_1580" align="alignnone" width="1600"]

zdjęcie: @wiktoria_franowska[/caption]
Rozmiar ubrania? Mam to gdzieś
Doskonale jeśli faktycznie tak myślisz, a jeśli nie - to spróbuj ten rozmiarowy schemat zmienić. Dlaczego nie warto tak kurczowo trzymać się rozmiarów? Powodów jest naprawdę wiele.
- Rozmiar rozmiarowi nierówny - pierwsza lekcja dotycząca odejścia od zakochania w rozmiarze. Bardzo często zdarza się tak, że w danej kolekcji konkretnej marki, bluzka wypada odrobinę większa, więc wtedy kupujemy mniejszy lub faktycznie dopasowany rozmiar. Przyzwyczajone do jakiegoś rozmiaru, nagle okazuje się, że dana bluzka stała się za mała. Czy to możliwe, że aż tak przytyłam, żeby nie mieścić się w swój ulubiony fason?! Nie. To producent zmienił tablicę wymiarów dla konkretnej rzeczy. End of story.
- Marka marce nierówna - to chyba moje ulubione zjawisko. Będąc szczupłą dziewczyną o wzroście 175 cm, mam spodnie właściwie w każdym rozmiarze - od 34 do 40. Reszta faktycznie jest mi za duża i kupno takiego fasonu dla mnie byłoby niefunkcjonalne. Czy z tego powodu płaczę w poduszkę, bo w COS miałam XS, w H&M M, a w Zarze L? Nie! To ponownie sprawka rozmiarówek.
- Ciało ciału nierówne - to, że ważysz tyle samo ile Twoja przyjaciółka, nie oznacza, że możecie wymieniać się bez problemu ubraniami. Wystarczą szersze żebra czy ramiona i już piękna wizja się kończy. Ciało każdej z nas jest zupełnie inne - zaczynając od szyi, a kończąc na kostce. Dlatego właśnie, nie warto opierać się na tym, że gorsecik koleżanki jest w rozmiarze 34, to mój też musi taki być. Najważniejsze jest to, abyś TY czuła się wygodnie, komfortowo i seksownie. A z pewnością materiał wrzynający się w piersi czy przetarty naskórek do takich nie należą.
- Cykl cyklowi nierówny - kolejny urok bycia kobietą. W ciągu miesiąca ilość wody w naszym organizmie diametralnie się zmienia. Możemy obserwować puchnięcie, zwiększoną objętość czy nagle wysuszony naskórek. A właśnie jej przepływ decyduje także o tym, jak wygląda nasze biało - brzuch staje się większy lub mniejszy, talia mniej lub bardziej wyraźna, podobnie dzieje się w obwodem ud. Dlatego właśnie, bądźmy dla siebie dobre i wyrozumiałe. Może to właśnie faza, w której noszenie małego topu będzie najmniej komfortowe, a przymierzanie bluzek a'la druga skóra nie będzie miało najmniejszego sensu.
- Wygoda wygodzie nierówna - ostatni przystanek związany z rozmiarową sztywnością. W zależności od kroju danego ubrania, a może być on oversize, ekstremalnie dopasowany lub luźny, rozmiarówka będzie plasowała się zupełnie inaczej. A jeśli lubimy chodzić w większych bluzkach, koszulach, spodniach czy sukienkach, bo tak jest nam wygodniej, to dlaczego nie?
Oczywiście, możemy przytyć i przestać mieścić się w dany rozmiar, bez obwiniania o to szwalni, producentów czy kogokolwiek innego. Jednak to nie zmiana rozmiaru powinna być punktem zapalnym do jakichkolwiek przemyśleń dotyczących atrakcyjności ciała lub poczucia satysfakcji. Zwracajmy uwagę na swoje zdrowie, róbmy badania, odżywiajmy się zdrowo i w zbilansowany sposób, a gdy wymarzona sylwetka zacznie mocno odbiegać od rzeczywistości - w racjonalny sposób podchodźmy do ewentualnej zmiany sposobu żywienia czy aktywności fizycznej.
zdjęcie główne:
@moodycatch